Pokazywanie postów oznaczonych etykietą heels down. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą heels down. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 maja 2017

Dobra lonża cz.2 czyli równowaga i kolana do siodła

Druga część dobrej lonży w moim wykonaniu, czyli  rytm, równowaga i kolana do siodła J

from pinterest.com

Aby w pełni wprowadzić ucznia w świat jazdy konnej zazwyczaj zaczynam od zapoznania go z ruchem i rytmiką chodu konia. Jak dla mnie – absolutna podstawa.  Zakładając, że jesteśmy już po pierwszym etapie lonży, mamy do czynienia z osobą sprawną psychicznie i fizycznie, oswojoną z pierwszymi napotkanymi lękami możemy przejść do działania.
Jak wytłumaczyć komuś, że ma coś poczuć? To trochę jak stworzyć instrukcję wiązania sznurówek. Jeśli nie próbowaliście to polecam (pozdrawiam moją nauczycielkę od języka polskiego tym momencie J ), świetna zabawa. I tak samo jest z mówieniem komuś co ma czuć, każdy odbiera bodźce inaczej. Jako instruktor nie daję na tacy gotowych odpowiedzi, ale stwarzam warunki do tego, żeby samemu poczynić pewne spostrzeżenia.
Moim złotym ćwiczeniem na lepsze poznanie pierwsze tak zwanej hucznie biomechaniki ruchu konia jest prośba o zamknięcie oczu, rozluźnienie i opisanie jakie ruchy się czuje. W tym momencie zazwyczaj następuje długie yyyyy….. J Trzeba naprowadzić ucznia: co się dzieje z twoimi biodrami, co się dzieje z twoimi plecami, czy twoje nogi się poruszają. O dziwo, wcale nie ma błędnych odpowiedzi, raczej jest strach przed opisaniem swoich odczuć. Zazwyczaj ludzie wstydzą się mówić, co się z nimi dzieje, choć zupełnie bezpodstawnie, dlatego czasami trzeba im pomóc i trochę pociągnąć za język.
W czasie zajęć z dorosłymi zauważyłam, że lubią jak im się bardzo dokładnie wszystko tłumaczy „mądrymi słowami”, a potem przekłada na takie bardzo proste. W końcu z dzieckiem nie porozmawiam o trójwymiarowości ruchu konia względem chodu ludzkiego J, ale skoro przy tym jesteśmy wstawiam tu małą ściągę dla was – wiedza zaczerpnięta ze studiów fizjoterapii oraz kursu dla hipoterapeutów.

Koń daje nam wrażenie chodu ludzkiego:
ž  Ruch miednicy konia podczas stępa bardzo
przypomina ruch miednicy człowieka podczas spokojnego chodu
ž  Częstotliwość kroków konia jest zbliżona
do częstotliwości ruchów człowieka (koń 100-120 kroków, człowiek 110-120)
ž  Ruch miednicy odbywa się w trzech płaszczyznach, a zakresy ruchów są bardzo zbliżone (jakie są te płaszczyzny – wujek Google podpowie, jeśli nie zapraszam na priv J
ž  Barki i luźno zwisające kończyny dolne zachowują się jak u idącego człowieka


Większość ludzi reaguje robiąc wielkie oczy i przyznając rację. Co jeszcze? Poproście ich o opisanie tego co słyszą. Chodzi tu o zrozumienie czterotaktowości stępa. Na koniec należy dodać dwa do dwóch i otrzymujemy pięknie układającą się całość. Wnioski? Nie, nie, aż taka dobra nie będę, wyciągnijcie je sami, ewentualnie podzielcie się w wiadomości J Ciekawe jest to, że gdy pozna się lepiej zachowanie swojego ciała w stosunku do ciała zwierzęcia otrzymuje się lepszy efekt rozluźnienia i podążania za ruchem konia. Zupełnie nieświadomie robi to większość moich uczniów po wykonaniu tego zadania. Na wyższych etapach wtajemniczenia polecam ponowić ćwiczenie na oklep, jeszcze więcej bodźców.

Prawie wszystkie te same zasady obowiązują w czasie nauki kłusa. Jeśli wystarczająco obrazowo opiszecie co się będzie działo w kłusie 85% waszych kursantów zacznie od razu w miarę rytmicznie anglezować.
Znowu zaczynamy od rytmiki chodu. Wyobraźcie sobie konia lecącego w dorożce po asfalcie. Co słyszycie? No właśnie. Dwa uderzenia ponieważ koń stawia jednocześnie pod dwie nogi, przednia i tylnia w jednym czasie, po przekątnej. Pierwsze uderzenie to wstawanie, drugie uderzenie to siadanie. Zanim poprosicie o anglezowanie, dajcie szansę uczniowi poczuć rytmikę chodu swoim ciałem w pełnym dosiadzie i zróbcie z nim dosłownie kilka kroków w kłusie, najlepiej bez strzemion, żeby uniknąć efektu odpychania się, zaznaczcie dodatkowo swoim głosem jedno i drugie uderzenie. Efekt gwarantowany, polecam J Przy drugim-pierwszym zakłusowaniu delikwent zaczyna swobodnie anglezować. Później to już tylko szlifowanie i dążenie do harmonii.

from pinterest.com

Dlaczego warto tłumaczyć, a nie puszczać na głęboką wodę? Postawcie siebie na miejscu konia, kiedy kilka „Grażyn” i „Januszów” dziennie przychodzi na jazdę doskonalić swoje klepanie dupska. Dosłownie klepanie. O ileż łatwiej i zdrowiej jest dla konia, jeśli od początku nie tłuczą jego biednego grzbietu tylko w miarę rytmicznie unoszą się i siadają z wiadomymi niedoskonałościami, które musimy im wybaczyć.
            Teraz możemy spokojnie przejść do mojego słynnego torturowania ludzi na lonży. Podstawowe zasady: ramiona do tyłu, biodra do przodu i kolana do siodła. Cała reszta – pięty w dole, łokcie do ciała etc wyszlifujemy po drodze, najczęściej dużo rzeczy przychodzi już naturalnie przy odpowiednim pokierowaniu.
Ramiona do tyłu – komenda jak amen w pacierzu. Niewiele jest osób, które odchylają się w czasie nauki. Zdecydowana większość przyjmuje pozycję obronną kuląc się i pochylając, w kierunku szyi konia. Jeśli powtórzę Ci to setny raz, to przygotuj się na to, że zrobię Ci psikusa w postaci gwałtownego hamowania do stępa lub stój J zanim polecą hejty od razu mówię – nikt w czasie tych wszystkich lat nie spadł na mojej jeździe w czasie takiej niespodzianki, ale za to skutecznie wszyscy pilnowali swojej postawy do końca „życia lonżowego”. Jeśli od początku nie przypilnujecie tego elementu, będzie się ciągnął za nowym jeźdźcem przez bardzo długi czas.
Biodra do przodu – mobilizuje to miednicę, mięśnie brzucha, zmusza do delikatniejszego dosiadu oraz oszczędza tył grzbietu na pograniczu z końskimi nerkami. To chyba wystarczająco dobre powody, prawda?
Kolana do siodła – jak widzę latające kolana dostaję spazmów. Dosłownie. Nie chodzi tu o zdarcie nóg do krwi, ale wyrobienie nawyku przyłożenia ud i kolan do siodła. Płynie z tego wiele korzyści, jednak dwie najbardziej istotne dla mnie to stabilizacja (zawsze tłumaczę, że każdy koń może się spłoszyć i odskoczyć, nogi są jedynym o nas trzyma w siodle) oraz odciążenie dla konia. Jeśli kolana luźno latają to nasze Grażyny będą tłukły dupska, pogłębiając brak punktu pierwszego, czyli pochylając się, żeby zrekompensować sobie brak stabilności.
Pięta w linii z biodrem – tak, właśnie ta książkowa linia z obrazków. Niweluje problemy związane z pochylaniem, anglezowaniem i brakiem prawidłowego podparcia. Zawsze tłumaczę to tak:
Jeśli dostaniecie niski taboret bez oparcia, usiądziecie na nim i wyciągniecie nogi przed siebie, to łatwo czy trudno będzie wstać? Jeśli ktoś nie poda wam ręki (analogia do podciągania za wodze lub trzymania się siodła) to raczej marne szanse. Gdy nogi będą ugięte jak do przysiadu, kostki na wysokości bioder, uniesiecie się bez problemu. Dokładnie tak samo działa to w czasie jazdy konnej.

from pinterest.com

            Czas na moją ulubioną część – ćwiczenia. Jak już napisałam – MOJA ulubiona, nie zawsze moich uczniów, bo zazwyczaj są po niej spoceni jak myszy. Ćwiczenia, do upadłego, do bólu, do perfekcji. Boli? Dobrze! To znaczy, że rośnie! To znaczy, że w końcu twoje mięśnie budzą się z zimowego snu!
Nie będę się tu zagłębiać w fizjoterapeutyczny punkt rozgrzewki, ale z grubsza napiszę ogólne zasady ćwiczeń:
-od góry do dołu, nie na odwrót (czyli zaczynamy od ramion, a nie schylania się do strzemienia)
-zawsze symetrycznie (starajcie się pilnować, aby ćwiczenia zawsze były wykonywane nie tylko na dwie strony konia, ale również w dwóch kierunkach jazdy. Jeśli o tym nie pamiętacie to wyniki mogą was zaskoczyć)
-ćwiczenie powtarzamy do perfekcji! Jeśli trzeba zróbcie małą przerwę, zmieńcie na chwilę ćwiczenie, aby mięśnie odpoczęły. Jak pisałam w poprzednich postach – nie istnieje dla mnie stwierdzenie: nie umiem, nie dam rady, nie potrafię. Jeśli masz zamiar tak mówić masz dwa wyjścia: brama albo furtka. W końcu uczymy się czy płaczemy? Jedynym zwolnieniem od pracy jest ograniczenie fizyczne jak np. dolegliwości chorobowe.
-tęższa budowa ciała nie zwalnia z ćwiczeń – z doświadczenia mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że większość instruktorów boi się poprosić osoby bardziej puszyste np. o podniesienie nóg i złączenie ich nad szyją konia. I to jest duży błąd, zdziwilibyście się jaką oni mają równowagę, niejednokrotnie dużo lepszą niż szczupaki bez mięśni. Dla jasności – nie mówię o ludziach skrajnie otyłych, w końcu na uwadze trzeba mieć też, a nawet przede wszystkim dobro konia.
Mój podstawowy zestaw ćwiczeń? Nawet podam w kolejności J
-krążenie ramion w przód i w tył (najlepiej naprzemiennie, nie jednocześnie)
-skręty tułowia
-dotykanie ogona konia (ogona, nie zadu ciumoku! Wersja z trzymaniem się siodła oraz bez)
-dotykanie uszu konia (mocno pięty w dół i nogi do przodu, chyba, że chcesz całować świętą ziemię, po której stąpa anielsko instruktor)
-dotykanie do kolan i do strzemion (ta sama zasada co wcześniej – pięta do dołu i nogi do przodu, kolana do siodła. Prawa ręka do lewego strzemienia i na odwrót)
-łączenie zgiętych kolan nad przednim łękiem (ręce trzymają się tylnego)
-łączenie PROSTYCH nóg nad czyją konia
-łączenie PROSTYCH nóg nad zadem konia (ręce na przednim łęku, biodra idą do góry, tak by nie przetaczać się kością łonową po siodle)

To jest taki mój mega podstawowy pakiet startowy. Ma na celu wyćwiczyć równowagę, pewność dosiadu i swojego ciała, przełamanie lęków. Ciało uczy się i zapamiętuje konkretne schematy ruchowe, przygotowuje się do intensywniejszego wysiłku. Po pewnym czasie zamiast siły przychodzi technika i to co było trudne staje się zupełnie naturalne.
Oprócz tego w stępie ćwiczymy anglezowanie ze strzemionami oraz bez, półsiad, dosiad arabski. W międzyczasie dochodzą ćwiczenia na niezależną pracę rąk, czyli np. anglezowanie z utrzymaniem rąk w jednej pozycji (wstęp do trzymanie wodzy), nauka pracy łydki, ruszanie i zatrzymywanie konia dosiadem.

from pinterest.com

            Jestem cholernie wymagającym instruktorem i nie wszyscy wytrzymują tą „presję”. Dla jednych jestem katorżniczym aniołem, dla innych tylko katorżniczym J Na lonży trzymam każdego swojego ucznia dość długo, (z tego miejsca pozdrawiam ekipę z „Kojota”, która w dużej części ma już swoje własne konie J ), ale nagrodą za to jest praktycznie samodzielny uczeń, nie bojący się momentu odpięcia lonży, a po odpięciu jadący zupełnie swobodnie samemu. Nagroda taka jest nie tylko dla mnie, ale też dla konia.
            Jest jeszcze pełno różnych niuansów, na które warto zwracać uwagę, ćwiczyć i pielęgnować. Warto jednak, żeby każdy znalazł swoją drogę i swój styl nauczania. Miejcie swój niepowtarzalny styl, skuteczny i bezpieczny J

from pinterest.com




poniedziałek, 27 lutego 2017

Dobra lonża czyli jaka? Cz. I


           Każdy kto ze mną jeździł na lonży może potwierdzić, że słynę z bycia lonżowym katem. Zarówno Ci co ze mną zaczynali, jak i ci, których otrzymałam „w spadku”. Zawsze po takiej jeździe były tylko dwie opinie: albo chce jeździć z tą panią już zawsze, albo: błagam tylko nie ona. Otóż jak już zdążyłam napisać jestem lonżowym katem, więc jest zawsze dużo potu, krwi i rwania włosów z głowy. Dlaczego? No to poczytajcie sobie.


            Dla mnie etap lonży jest najważniejszym etapem w życiu jeźdźca początkującego. Składa się on nie tylko z jazdy, ale z poznawania jeździeckiego świata, pogaduszek z instruktorem w czasie jazdy i zawierania pierwszej więzi z koniem. Zaraz potem jest cała reszta czyli: ćwiczenia, ćwiczenia i jeszcze raz ćwiczenia. Potem możecie ewentualnie wyczołgać się z placu na czterech albo spróbować wyjść o własnych siłach. Jest to czas poznawania nowych mięśni w ciele, przekonywania się, że dupa nie służy tylko do siedzenia, a nawet, że można jednocześnie jechać i rozmawiać (tak, niektórzy mają problemy z wielozadaniowością).

            Zacznijmy więc od początku. Kiedy już się poznamy (ja, ty plus koń) zaczynamy od rzeczy najtrudniejszej, czyli wsiadania. W zależności od miejsca gdzie prowadziłam jazdy, czyli stajni, musiałam przystosować się do warunków tam panujących. Mam na myśli kult wsiadania ze stołka lub kult wsiadania z ziemi. Osobiście jestem zwolennikiem nauki wsiadania z ziemi. W końcu jeśli dotrwa się do etapu wyjazdu w teren, a tam zachce się siusiu albo zaliczy zwyczajną lub niezwyczajną glebę to w lesie lub na środku pola nikt nie poda paniusi/królewiczowi stołeczka do wsiadania, no niestety. Jak już sztuka wsiadania z ziemi zostanie opanowana do perfekcji wtedy przechodzimy na wyższy level czyli na stołeczek, uważam, że mimo wszystko należy oszczędzać końskie stawy jeśli istnieje taka możliwość. Jeśli po pierwszym razie siedzisz na koniu, uważam to za sukces. Możecie wierzyć mi lub nie, ale to jakich cyrków naoglądałam się w swoim życiu wiem tylko ja. Klasyczne przelatywanie przez konia na drugą stronę, spadanie w dół, spadanie pod konia, utknięcie w połowie drogi, podarte gacie, lądowanie kroczem na łęku, siadanie za siodłem… Macie jeszcze jakieś pomysły? Na pewno je również przerobiłam, to tylko przykłady. Nieraz zostałam po drodze skopana, wysmarowana błotem z buta, musiałam łapać kogoś za tyłek w celu zapobiegnięcia upadkowi, w sytuacjach ekstremalnych zdarzało się, że klient usiadł mi na głowie. Wiedzieliście, że tak można? Ja też nie. Kreatywność moich uczniów zaskakuje mnie za każdym razem. Wróćmy jednak do opcji, w której udaje się wsiąść za pierwszym razem. Co dalej?

                                  


            Opcja pierwsza: pisk, wrzask, zatrzymanie akcji serca. Wiele osób przypomina sobie nagle o swoim pierwotnym lęku wysokości, dołóżmy do tego niestabilne podłoże w postaci konia – efekt szokowy murowany. W przypadku dzieci zdarzyło mi się trafić na szczękościsk, bezdech, kurczowe trzymanie się siodła i płacz. Dorośli – nie martwcie się, robicie dokładnie to samo. Jedna pani tak złapała się siodła, że strzeliły jej tipsy, to nie jest żart. Gdy pierwszy szok minie staram się oswoić taką osobę z koniem i położeniem, w którym się znajduje. Proszę o głaskanie konia raz jedną ręką, raz drugą. Dotykanie go zarówno z przodu siodła jak i z tyłu oraz sięganie wzdłuż szyi. Kiedy klient się oswoi dopiero przechodzę do regulacji strzemion. Polecam przy tak nerwowych osobach zapewnić im kontakt z ciałem instruktora jakkolwiek to brzmi. W czasie regulacji strzemion czy dopinania popręgu siodło porusza się co powoduje narastanie lęku. Żeby zapewnić większe poczucie komfortu psychicznego wystarczy oprzeć na przykład swoje przedramię o kolano ucznia, lub przycisnąć jego nogę swoim ciałem do siodła. Nie mówię oczywiście o uścisku Hulka, wystarczy kontakt i delikatna presja. Dlaczego? Taka osoba ma wtedy wrażenie „przyblokowania” i poczucie asekuracji z naszej strony. Polecam w tym czasie klientowi złapać się grzywy bądź siodła, ale tylko gdy ma wysoki łęk. W naszej ludzkiej głowie zakodowane są pewne stereotypy, trzymanie się grzywy jest kojarzone z pewnością siebie i panowaniem nad koniem. Czemu tak jest? Nie mam pojęcia, może oglądanie westernów, na których Indianie pomykają na oklep chwytając tylko za grzywę dobrze się kojarzą.
Wracając do trzymania się siodła, raczej nie polecam, chyba, że tak jak napisałam ma wysoki łęk. Otóż, po pierwsze jak już wspomniałam wcześniej, w czasie czynności związanych z regulacją sprzętu siodło się porusza, a to niestety zwiększa poczucie niestabilności. Jak więc taka osoba ma czuć się bezpiecznie skoro to czego się trzyma porusza się razem z nią? Drugą kwestią jest zwykłe bhp. Jeśli dziecko wsadzi palce pod łęk, a koń w tym czasie podniesie głowę może dojść do złamania bądź zmiażdżenia kości paliczkowej. Może, ale nie musi, ja wole jednak być przezorna w tej kwestii. Wtedy macie na karku sapiących rodziców, którzy od razu pytają o odszkodowanie. Jak będziecie mieli wyjątkowego pecha może okazać się, że owe dziecko nie dość, że złamało palucha to na co dzień chodzi do szkoły muzycznej i gra na skrzypcach bądź pianinie.
Opcja druga: klient wsiada na konia i stwierdza, że w sumie nie jest tak źle. Uwierzcie, jest to powód do radości. Możecie zaczynać jazdę.
Wracamy znowu do tych płochliwych, bo to oni zazwyczaj stanowią większy problem, nie ma co się oszukiwać. Choć ci zbyt pewni siebie też potrafią dać instruktorowi po zaworach, może mieliście okazję się przekonać.
Dla młodych stażem instruktorów osoby niepewne siebie stanowią nie lada wyzwanie. W takich przypadkach zaczynam lekcję od oprowadzania na koniu. Chodzi tu po raz kolejny o zapewnienie komfortu psychicznego jeźdźcowi poprzez bliskość osoby instruktora czy przytrzymania za kolano, bądź łydkę. Za rączkę raczej nie potrzymacie delikwenta, chyba, że chcecie zostać wciągnięci na konia w chwili zwiększonego stresu J Zdziwilibyście się ile siły ma człowiek, któremu skacze adrenalina. Najlepszą metodą jest wtedy rozluźnienie atmosfery, opowiedzenie o ośrodku, wybitnych osiągnięciach konia, na którym dana osoba jedzie, zapewnienie o jego spokoju i przygotowaniu do pracy w roli konia profesora. Nawet nie będziecie wiedzieli kiedy wasz uczeń się rozluźni i nawet nieświadomie zacznie puszczać jedną rękę od siodła. W czasie rozmowy warto jednak od czasu do czasu wtrącić uwagę „to jest naprawdę spokojny koń, ALE WYPROSTUJ PLECY, przyzwyczajony do początkujących jeźdźców” po czym kontynuować rozmowę.  Kategorycznie odradzam wypuszczanie konia od razu na długość lonży. Po pierwsze klient nie ma poczucia bezpieczeństwa spowodowany zbyt dużą odległością od osoby prowadzącej, która w jego mniemaniu może go złapać na ręce gdy będzie spadał, po drugie ruch konia po łuku (czyli po kole) jest mniej stabilny i trudniejszy do przyswojenia.

Co zrobić w przypadku napadu paniki? Nie jestem psychologiem, psychoterapeutą ani innym psych…. Zazwyczaj daje sobie kilka sekund na ocenę sytuacji. Jeśli jest to trzy sekundowy napad zazwyczaj pytam co się stało, a następnie kontynuuję lekcję. Schody zaczynają się wtedy, gdy nasz uczeń wpada w histerię. Uważam, że w takie sytuacji najlepiej jest skupić uwagę na sobie, nie na koniu czyli tym co przeraża. Co robię? Zazwyczaj jest to moment mojego wrzaśnięcia, podkreślam wrzaśnięcia nie wrzeszczenia. Chodzi o natychmiastowe przykucie uwagi do mojej osoby, mojego polecenia oraz wyrwania osoby z jej histerycznej skorupy. Musi to być krótkie, ale wyraźne polecenie tonem nie znoszącym sprzeciwu. Jakie? HEJ! SKUP SIĘ!/PATRZ NA MNIE/NIE KRZYCZ/POMOGĘ CI. Chodzi o krótki, ale skuteczny komunikat. Drący się uczeń i drący się instruktor spowoduje, że koń też może zacząć drzeć, z tym że z jednego końca ujeżdżalni na drugi. Przede wszystkim spokój i opanowanie oraz szybkie myślenie, to moja rada.

                       
from pinterest.com


Ważnym elementem jest także informowanie o tym co chcecie zrobić, co się będzie działo, jakie będą towarzyszyć odczucia oraz na co trzeba się przygotować. Zawsze pytam osobę początkującą czy czuje się już pewniej, czy możemy zacząć właściwą lekcję, mówię o tym, że zaraz odsunę się od konia ale cały czas będę dość blisko, żeby reagować. Informuję zawsze jak wygląda przejście ze stępa do kłusa. Nigdy, ale to nigdy nie rzucajcie hasła: to teraz się trzymaj, bo jedziemy szybciej. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli dobrze opiszecie ruch konia w kłusie to 75% osób zacznie od razu anglezować, niektórzy gorzej, inni jakby jeździli co najmniej kilka razy. Rzadko zdarzało mi się, żeby ktoś bezwiednie klepał dupskiem w siodło. Były to zazwyczaj te „trudne” przypadki.
Według mnie pierwsze lonże, a zwłaszcza pierwsza lekcja powinna być momentem przełamania, zarażenia jeździectwem i dać uczucie olbrzymiej radości. Staram się wykonywać na niej wszystkie możliwe ćwiczenia z gimnastyki, ponieważ w ten sposób można zbudować nie tylko odpowiednią równowagę, ale również pewność siebie i poczucie bezpieczeństwa i świadomości, że wcale nie jest to takie niewykonalne. Kiedy to osiągnę wtedy przychodzi moment na prawdziwą naukę, czyli wspomniane na początku „krew, pot i łzy”. O tym jakie ćwiczenia warto wykonywać na lonży będzie następny artykuł.
Wracamy jednak znowu na koń. Jazda się skończyła, jeździec jest szczęśliwy. Albo dlatego, że bardzo mu się podobało, albo dlatego, że wreszcie może zsiąść z tego potwora.  To, który będzie to powód zależy w dużej mierze od nas – instruktorów. Drugi trudny moment to zsiadanie. Ci, co dłużej pracują w tym zawodzie na pewno nie raz słyszeli pytania w stylu: jak ja mam teraz zsiąść? Ja nie zsiądę! / może mi pani podstawić schodki? / złapie mnie pani?/ a jak spadnę?/ może mi mąż pomóc? Etc. INFORMACJA znowu jest podstawą. Niektórzy uczniowie zsiadają z konia jak tylko odwrócimy na sekundę głowę, najczęściej robią to w sposób niebezpieczny, dlatego polecam natychmiast wydawać polecenia. Podstawą jest komenda wyjęcia nóg ze strzemion, proponuję zrobić to zanim padnie hasło zsiadanie, w innym przypadku możecie się zadziwić po raz kolejny kreatywnością podopiecznych. Wyraźne polecenia i egzekwowanie ich to podstawa.  O technice zsiadania nie będę pisać, ponieważ wychodzę z założenia, że każdy kto posiada uprawnienia instruktorskie posiada również odpowiednią wiedzę na ten temat. Napiszę jednak po raz kolejny, że punktem kluczowym jest odpowiednia asekuracja i wydawanie instrukcji w odpowiedniej kolejności.
Osoba kończąca jazdę musi czuć naszą „aurę obrońcy i wybawiciela” do momentu, gdy postawi nogi na ziemi.
            Pierwsza jazda zakończona. Do zobaczenia na następnej, pogadamy o ćwiczeniach. W razie pytań.... :)